sfera dialogu

Z perspektywy: Maya. Zaburzenia odżywiania i nieheteronormatywność

Zaburzenia a społeczność LGBTQ+.

1 sierpnia 2021 • 1 minut czytania

Jak opowiedzieć o doświadczeniu zaburzeń odżywiania z perspektywy osoby nieheteronormatywnej? Chyba najlepiej jej słowami. Dlatego spotkałyśmy się z Mayą, której refleksje są ważnym głosem w dyskusji o tym, że zaburzenia jedzenia nie mają określonego wyglądu. Jako członkini społeczności LGBTQ+, znalazła w niej większą akceptację i odwagę do poszukiwania ciała wygodnego. W tym pojęciu kryje się coś magicznego, kojącego – szczególnie w kontekście zaburzeń jedzenia. Bo czy nie bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy mogli samodzielnie określić, w jakiej sylwetce czujemy się najbardziej komfortowo?

Kiedy po raz pierwszy doświadczyłaś zaburzeń odżywiania?

Byłam bardzo zakompleksionym dzieckiem, miałam duże problemy ze swoją sferą fizyczną, także dlatego, że chorowałam na atopowe zapalenie skóry. Pierwsze problemy z samooceną pojawiły się u mnie już w podstawówce a zaburzenia odżywiania na etapie gimnazjum. Na początku przejawiałam zachowania anorektyczne, w liceum pojawiła się bulimia, razem z nią kompulsywne objadanie się. Jako że jestem bardzo ciekawska, próbowałam dowiedzieć się co się ze mną dzieje. Im więcej czytałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, jak nieświadomie wprowadziłam zaburzenia w swoje życie.

Jak doświadczałaś zaburzeń w swojej głowie?

Moje myśli były bardzo różne. Chciałam siebie karać za to, co poszło mi źle lub nagradzać, jeśli akurat zrobiłam coś dobrze. Ten schemat myślowy motywował mnie do działania, ale oczywiście nie funkcjonował on prawidłowo. Bardzo chciałam dopasować moją sylwetkę do kanonu osób, z którymi się spotykałam. W późniejszych latach określałam to uczucie jako drugi głos w mojej głowie.

Jaki to był kanon?

Pamiętam mój pierwszy licealny związek z chłopakiem, który doceniał szczupłe sylwetki. Mimo dobrych intencji, jego komplementy były dla mnie nieco obraźliwe. Jego słowa brzmiały jak sugestie, abym bardziej chudła. Mam 175 cm wzrostu, ważyłam wtedy 48 kilogramów, to niedużo. Mój chłopak podkreślał, że podobają mu się moje wystające kości – w mojej głowie od razu włączała się motywacja, żeby sprawić, by wystawały jeszcze bardziej.

Czy odczułaś, że w środowisku osób nieheterenormatywnych obowiązują inne kanony piękna?

Myślę, że dużą rolę odgrywają tutaj stereotypy. Choćby przekonanie, że reprezentant społeczności LGBTQ to osoba przy kości lub skrajnie wychudzona, z pofarbowanymi włosami, pomalowanymi, zdartymi paznokciami. Dziewczyna, która nie ma kanonicznej sylwetki, bo ma większe uda, a do tego krótkie, kolorowe włosy od razu uznawana jest za lesbijkę. Wydaje mi się, że ten obraz jest wynikiem sporu między środowiskiem LGBTQ+ a osobami, które go nie akceptują.

Heteronormatywny obraz kobiecości stoi w konflikcie z feministyczną, liberalną wizją piękna. Czy te dwa wzorce wpływają na Ciebie?

Tak, zdecydowanie. Ze względu na traumy z dzieciństwa, miałam problem z zaakceptowaniem swojej kobiecości. Kształt mojego ciała okropnie mnie frustrował. Byłam wściekła, że mam biust, chciałam być jak najbardziej nieatrakcyjna dla mężczyzn. Kiedy zaczęłam się uspołeczniać i obcować z nieheteronormatywną społecznością, spotykałam się ze stereotypami – miałam krótkie, farbowane włosy, chodziłam w dużych ubraniach mojego ojca. Brano mnie za lesbijkę lub osobę biseksualną, ale u mnie zadziałało to nieco odwrotnie – odnalazłam w tym dużą swobodę i akceptację.

Czy w związku z tym, Twoje zaburzenia ucichły?

One zawsze są gdzieś w tle. Dojrzewałam w przeświadczeniu, że zaburzenia zostaną ze mną na zawsze, muszę tylko nauczyć się z nimi obcować na co dzień. Jednak z pewnością bycie częścią środowiska LGBTQ+ nauczyło mnie akceptacji – siebie oraz innych. Większej wrażliwości na to, że każdy ma prawo wyglądać tak, jak chce – póki jest zdrowy, nic innego, tak naprawdę się nie liczy.

Jak wpłynęło to na Twoją własną definicję piękna?

Dojrzałam do wniosku, że nie ma złych i dobrych sylwetek. Zaczęłam też podróżować po świecie, poznawać inne kultury. Pamiętam rejs na brazylijskim statku, na którym odbywała się impreza. Widziałam te piękne, krągłe kobiety, prawie nagie, całkowicie wolne. Nie myślały o tym, ile mają fałdek, wydawały się bardzo szczęśliwe. Zaczęłam rozumieć, że nie muszę obwiniać siebie za to, że podobają mi się kobiece kształty.

Sama doszłaś do pewnych przemyśleń, czy najpierw sięgnęłaś po pomoc?

Byłam bardzo uparta, nie chciałam prosić o wsparcie. Za to moja siostra spisała się na medal, bardzo delikatnie, zachowawczo próbowała mi pomóc. Proponowała mi wspólne posiłki, spędzanie czasu razem. Zaczęła ze mną też rozmawiać na tematy dotyczące mojej sfery emocjonalnej. Kluczowym momentem był jednak ten, kiedy moje zaburzenia zauważyła mama. Siedziałam wtedy w kuchni, zaczęłyśmy się sprzeczać. Moja mama wypomniała mi, że chudnę w oczach, czemu zaprzeczyłam. Chciałam udowodnić jej, że jest ze mną wszystko w porządku, dlatego postanowiłam się przy niej zważyć. Waga pokazała mi 50 kilogramów. Mama wyszła z pokoju, a ja nie wiedziałam co mam robić. Do tej pory nie ważyłam się, oceniałam swoje ciało wizualnie. W tamtej chwili świat zewnętrzny zaczął upominać się o to, aby mi pomóc.

Podjęłaś terapię?

Rodzicie umówili mnie na konsultację psychiatryczną, podczas której usłyszałam diagnozę. Miałam rozpocząć terapię, ale nie doszło do tego, cała wiedza, którą posiadam dziś to wiedza, którą zdobyłam sama. Zapisałam się na studia z kognitywistki, od dwóch lat zgłębiam temat cielesności. Czuję, że do momentu, w którym jestem teraz, doszłam samodzielnie.

A na jakim etapie zdałaś sobie sprawę z własnej orientacji seksualnej? Czy mówiłaś o tym otwarcie?

O tym się nie mówi – tak mi się wydawało. Miałam przetartą ścieżkę, jako że moja siostra jest osobą homoseksualną. Jej coming out nie został dobrze przyjęty przez naszych rodziców, dlatego nie chciałam wychodzić przed szereg.

Moment, w którym zdałam sobie sprawę ze swojej biseksualności to czasy liceum, dojeżdżałam do szkoły do Warszawy. Trzymałam się wtedy z wieloletnią przyjaciółką. Gdy teraz o tym myślę, nasza relacja była bardzo romantyczna. Organizowałyśmy rocznice naszych znajomości, przynosiłyśmy sobie nawzajem śniadania do szkoły. Zaczęłam oswajać się z myślą, że mogę być w związku – takim, który nie wpisuje się w społecznie przyjęte standardy. W pewnym momencie ta relacja przybrała inny wymiar. Zrozumiałam, że jestem w mojej przyjaciółce zakochana. Nie odwzajemniła jednak moich uczuć. Mimo to, w kontekście moich zaburzeń, czułam się w jej towarzystwie najswobodniej na świecie. W jej obecności nie potrzebowałam wciągać brzucha. Doświadczyłam ze strony kobiet większej akceptacji. Było to dla mnie fascynujące, ponieważ w relacjach między kobietami często pojawia się zazdrość, przynajmniej w sferze cielesnej.

Mamy taką teorię, że kobiety – oderwane od wzorców kulturowych ciała idealnego – mają inną wizję swojego ciała, swojej fizyczności.

Myślę, że coś w tym jest – czułam, że w kontekście własnego ciała to w kobietach znajdę pokłady empatii, których tak bardzo potrzebowałam. To był dla mnie paradoks, bo mimo wszystko to kobiety częściej negatywnie mnie oceniały. Wydaje mi się, że stereotypowa kobiecość i męskość są tak zakorzenione w naszej kulturze, że nie potrafimy dać sobie przyzwolenia na poszukiwanie ciała, w którym my czujemy się dobrze. Z kolei potrzeba akceptacji niestandardowych sylwetek, wywołała w niektórych kręgach efekt nietolerancji dla bardziej stereotypowych wzorców. Przykre jest to, że kobieca kobieta spotyka się z opiniami w postaci: „Albo ona nie wie, że nie musi chodzić w szpilkach, albo jest stłamszona przez mężczyznę”. A co, jeśli ona po prostu lubi siebie w takim wydaniu?

To prawda, bardzo często ulegamy pokusie kategoryzacji. Jak budujesz swoją samoakceptację niezależnie od opinii z zewnątrz?

Pomaga mi poszukiwanie wiedzy. Wiedza z zakresów psychologii, różnych rodzajów terapii, biologicznych aspektów naszych zachowań. Im więcej wiedzy zdobywam, tym bardziej rozumiem swoje ciało. To buduje moją świadomość. Wychodzę z założenia, że skoro boimy się tego, czego nie znamy, warto poznać mechanizmy, które rządzą naszym życiem. Jeśli coś znam, przestaję z tym walczyć. Walka oznacza dla mnie regres, akceptacja to progres. Wiedza jest dla mnie drogą do akceptacji siebie.

A jak czujesz się w swoim ciele obecnie?

Doszłam do takiego momentu, w którym w końcu poczułam się w swoim ciele komfortowo. Pilnuję, aby nie przekroczyć pewnej dolnej granicy wagi, ale pozwalam sobie na naukę własnego ciała, znalezienie takiego kształtu, w którym czuję się po prostu dobrze. To także zasługa środowiska LGBTQ+, w którym panuje większe przyzwolenie na eksperymentowanie z ciałem. W Polsce, zwłaszcza w kręgach religijnych, utrzymuje się przekonanie, że ciało to świątynia, której nie powinno się naruszać. Powinno być ono idealne, zgodne z kanonem, ale bez zewnętrznej ingerencji. Jednak dopiero kiedy dołączyłam do społeczności nieheteronormatywnej, zrozumiałam: tak, ciało to sacrum, moje narzędzie do poznawania świata, ale musi być ono dla mnie wygodne.